Studenci podejmują pracę dlatego, bo chcą zdobyć doświadczenie zawodowe i potrzebują niezależności finansowej. Często również muszą szukać jakiegokolwiek zatrudnienia, żeby przeżyć w dużym i drogim mieście akademickim, a nie zawsze mogą liczyć na pomoc rodziny. Do tej pory zdobycie przez nich pracy było stosunkowo proste, bo byli względnie tanimi pracownikami, za których pracodawcy nie musieli odprowadzać składek ZUS. Przecież i tak byli ubezpieczeni przez szkołę lub uczelnię do 26. roku życia. Teraz ma się to skończyć.

Młodzi ludzie najczęściej podejmują taką pracę, która jest prosta i daje szybki oraz pewny zarobek. Pracują więc jako kelnerzy, bariści, konsultanci call center, pomoce biurowe czy sprzedawcy. Na bezpłatny staż w firmie marzeń mogą sobie pozwolić tylko nieliczni.

Oczywiście, nikt studentom nie będzie zabraniał pracy zarobkowej, ale już wkrótce trzeba będzie za nich płacić wszystkie składki, bo w ZUS jest ogromna dziura i trzeba ją w jakiś sposób zasypać. Rząd ma więc nowy pomysł, w jaki sposób uratować system emerytalny przed zapaścią: kosztem studentów i uczniów. Stanowisko rządu w sprawie tzw. przeglądu emerytalnego wyraźnie mówi: „Należałoby rozważyć celowość dalszego utrzymania wyłączenia z obowiązku ubezpieczenia emerytalnego i rentowego zleceniobiorców, którzy są uczniami gimnazjów, szkół ponadgimnazjalnych, ponadpodstawowych i studentów do ukończenia 26 lat”. Takie stanowisko zajęło również Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podczas posiedzenia sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny.

Brak składek sprawił, że uczniowie i studenci, którzy pracowali na umowie zlecenie byli stosunkowo niedrogimi pracownikami, a więc byli konkurencyjni na rynku pracy i pracodawcy chętnie ich zatrudniali. Kiedy jednak trzeba będzie płacić za nich składki takie same, jak za pozostałych pracowników, pracodawcom przestanie się to opłacać. Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan i członek rady nadzorczej ZUS wyliczył, że po oskładkowaniu koszty zatrudnienia studentów będą wyższe o 40%.

Studenci są oburzeni tym pomysłem. Julia Sobolewska, przewodnicząca Zarządu Samorządu Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, powiedziała, że te zmiany uderzą rykoszetem w studentów- Z pewnością źle wpłyną na możliwości rozpoczęcia samodzielnej egzystencji i utrzymania się poza domem rodzinnym. Podobnego zdania jest Jeremi Mordasewicz, który uważa, że młodzi ludzie już teraz mają problemy ze znalezieniem pracy, bo są uważani za mało produktywnych, a na dodatek nie mają doświadczenia. Powinniśmy więc jak najbardziej ułatwiać im start w zawodowe życie, a nie rzucać im kłody pod nogi- powiedział.

Podobnego zdania są również  związkowcy, którzy od dawna domagają się przecież oskładkowania każdej umowy. Jednak, ich zdaniem, studenci i uczniowie dorabiają sporadycznie i żeby umożliwić im pracę, a więc i zdobywanie doświadczenia oraz utrzymania się poza domem, nie powinni być obciążani składkami. Byłby to rodzaj wsparcia ich przez państwo i dobrze, aby tak zostało- uważa rzecznik krajowej „Solidarności” Marek Lewandowski.

Rząd niewątpliwie musi coś zrobić, bo budżet ZUS-u jest w katastrofalnym stanie. Wyliczono, że w ciągu 5. lat może zabraknąć 300 mld zł na wypłaty emerytur. Pytanie jednak, czy rzeczywiście młodzi ludzie są tymi, którzy muszą tę dziurę zasypywać. Przecież i tak już wiadomo, że będą mieli bardzo niskie emerytury, a w czasie pracy na umowę zlecenie nie mają prawa do odszkodowania w razie wypadku czy do renty wypadkowej. Co więcej, wielu z nich, kiedy przestaną być atrakcyjnymi, bo niedrogimi pracownikami, zwyczajnie straci możliwość ukończenia studiów. Co ostatecznie z tego wyniknie, przekonamy się zapewne w ciągu kilku kolejnych miesięcy. Przeciążony system emerytalny trzeba będzie jakoś ratować, a sprawy nie ułatwia obniżony wiek emerytalny, który będzie obowiązywał od października- 65 lat dla mężczyzn i 60 lat dla kobiet.